uwolnić bestię…

  … czyli poszła mama na kurs animatora 🙂

Nie wiem jak Wy, ale ja uwielbiam się uczyć nowych rzeczy, które sprawiają, że niewykorzystane dotąd obszary móżgu zaczynają pracować, a także odkrywają moje ukryte (glęboko!) umiejętności. W ten weekend miałam okazję być na dwóch takich kursach – w sobotę zaczęłam się uczyć o doradztwie zawodowym wśród młodzieży (temat, który od dawna leży mi na sercu, i nareszcie mam okazję, by go zgłębić), a w niedzielę 10 godzin spędziłam z Mężem ucząc się jak być… animatorem. Tak! Ja – kobieta patrząca na siebie jako na totalne beztalencie artystyczne… ale zaryzykowałam i… okazało się, że animator musi mieć dwie cechy – 1) musi lubić pracować z dziećmi (odhaczone!), 2) musi być tolerancyjny (też zaliczone!). A całej reszty… MOŻNA SIĘ NAUCZYĆ! I tak… lepiłam z plasteliny, udawałam rower (bez komentarza), skakałam, malowałam twarze (całe szczęście manekinów), robiłam WIEEEEELKIE bańki i robiłam cudowności z balonów (a cudowności tak zachwyciły Dzieci, że się bawiły nimi cały wieczór). I wiecie co? Głowa mała, bo teraz moje myśli biegną wielotorowo – jak to wykorzystać? jakie jeszcze zabawy wymyślić? jakie tematy imprez można zrobić? Co? Kiedy? Gdzie? O ludzie…. czuję się, jakby mi otwarto drzwi do zupełnie nowego świata… a zwierzę imprez dziecięcych dopiero ze mnie wychodzi… Będzie się działo, bo…. nigdzie nie trafiam bez przyczyny!

A teraz do roboty!

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

spojrzałam przez okno

Spojrzałam przez okno – a tam ciemno przed 20! Jesień! Od wczoraj astronomiczna, od dzisiaj ta kalendarzowa. Troche chłodniej, trochę ciemniej, ale energii mi nie ubywa i taką formę zamierzam trzymać przez cały rok! Tak, wiem, roboty jest sporo, ale radości z niej niemało, Dzieci dzielne, Mąż robotny – ach, jest z czego się cieszyć.
No dobra, kryzysy też się zdarzają – wtedy chodzę z miną „nie podchodzić, bo gryzę” i para mi z uszu uchodzi, ale… jak to u choleryków bywa, mija mi szybko. Kiedy tak ostatnio mną wstrząsało uświadomiłam sobie, że to co mi pomaga w takich chwilach to:
1. Ludzie wokół
2. Cele i priorytety, które sobie gdzieś tam porządkuję
3. Książki
a przede wszystkim – Bóg. Wiara, świadomość Bożej obecności i Bożego planu w moim życiu – wow! Polecam każdemu 😀

Analizując swój wredny nastrój musiałam też się przyznać przed soba, że czas nie jest moim sprzymierzeńcem… (i nie chodzi mi wcale o to, że zmarszczek przybywa, asiwe włosy nadają odcień fryzurze!). Otóż ja całkiem dobrze radzę sobie z organizacją czasu, z wykorzystaniem każdej chwili żeby coś ZROBIĆ. Co konkretnego, produktywnego itd.itp.! I kiedy już tak poupycham zadania w grafik codzienności, zaczynami brakować tchu. Dlatego postanowiłam zmienić czas w dobrego druha, ha! Jeszcze nie opanowałam tej nowej sytuacji do końca, ale jakimś cudem pracuję nadal w ilościach sporych, a mimo to z Femkiem na placu przesiaduję, z Dziećmi jakby więcej gadam, no i czytam bez wyrzutów sumienia, hihihi. Zobaczymy jak mi dalej ten eksperyment pójdzie… a póki co… moja lista ostatnich przeczytanych:
59. „Przesunąć horyzont” Martyny Wojciechowskiej – książka, która mnie zaskoczyła miłością Autorki do gór (himalaizm to jednak z tych rzeczy, których zupełnie nie łapię!) i sporą dawką siły wewnętrznej i mądrości. Naprawdę warto 🙂 5,5
60. „Podwójna gra” 61. „Tropiciel” 62. „Cross” 63. „Ja, Alex Cross” – wszystkie trzy Jamesa Pattersona i co tu dużo mówić – już chcę wypożyczać następne. Niesamowite historie, pomysły czasem szokujące (nawiasem mówiąc, skąd On je bierze??) i naprawdę dobry kryminało-thriller!  po 5,0 dla każdej części 🙂
64. „Nocne fajerwerki” 65. „Nocny seans” Nory Roberts – tak, tak, nie ma to jak kryminalny romans (lub romantyczny kryminał) na zmęczony mózg 😉 Może loty nie najwyższe, i romans zbyt przejrzysty, ale za to historia kryminalna fajna w obu przypadkach. Obie części łączą co nieco bohaterowie – fajny zestaw. 4.5
66. „Niebo dla akrobaty: opowiadania” Jana Grzegorczyka to książka, która mne totalnie zachwyciła, wciągnęła i dała do myślenia… Opowiadania niezbyt długie, historie ciekawe, życiowe, a łączy je… hospicjum. Ta książka nie jest łatwa, ale ujęcie tematu śmierci i umierania naprawdę robi wrażenie. 6.0!!!
Terazna tapecie nowy Musso więc uciekam do wieczornego wyrka 🙂

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

wyzwanie

Jedna mama.

Troje dzieci.

Buty do kupienia.

Najmłdszy: „Shoes with Blaze.”

Najstarsza: „No, mamo, coś ty…”

Średniak: „Jak zwykle dla mnie nic nie będzie.” (Ma rozmiar 37 – wyjątkowo niefortunny jeśli chodzi o buty chłopięce/męskie.)

A jednak… MAMY JE!

Najmłodszy: „Thank you, mama”

Najstarsza: „Dzięki, mamo.”

Średniak: „A, właśnie, dzięki.”

Mama: „Uff… potrzebuję kawy” 🙂

Wyzwanie zaliczone 🙂

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

są takie dni

Są takie dni, gdy biegnę. Wskakuję do auta, podwożę Dzieci, wracam, odbieram Dzieci, lecę do pracy, wracam, podwożę Dzieci… i tak w kółko, a jeszcze tłumaczenie, gdy wszyscy legną, a jeszcze problemy moich „szkolnych Dzieci”… i wtedy idę spacerkiem po Najmłodszego do przedszkola. I wracamy sobie rączka w rączkę, On mi opowiada o przedszkolu (i próbuje wynegocjować lody), ja rozmyślam – między wierszami – o Jego nadchodzących imieninach (o których On nie ma pojęcia, bo to jeszcze ten wiek) i nagle czuję, że wszystko jest na swoim miejscu. Może być ciężko, ale warto – bo jesteśmy razem, we Dwójkę, Trójkę, Czwórkę i Piątkę. Bo się kochamy, wspieramy… bo czasem się kłócimy i foszymy (Nastolatka w domu!), bo…. to jest właśnie moje miejsce. Żadne inne. Na teraz. I nie chcę być nigdzie indziej!

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

zaczytana wakacyjnie

blog.sierpienOkazało się, że wakacje nie sprzyjają czytania aż tak bardzo jak bym chciała… za dużo wyjśc, za dużo zabaw z Dziećmi, za dużo nadrabiania domowych rzeczy, hehe. Ale gdzie się dało książka była 🙂 52. „Wieczór” Susan Minot – podobno powstał film w oparciu o tę książkę. Filmu nie widziałam, ale książkę polecam – narratorką jest umierająca kobieta… Jej ostatnie chwile to wspomnienia, swoista retrospekcja, pożegnanie z tym co było dla niej ważne. Książkę dobrze się czyta, choć ma swoje spokojne tempo – nie do połknięcia na raz 🙂 5.0. 53. „Rok we mgle” Michelle Riczmont to książka, która przemówiła do mnie z bibliotecznej półki. I choć już okładka zdradza, że treścią jest porwanie dziecka… postanowiłam zaryzykować. Warto było – książka to niesamowite spojrzenie na walkę, poddanie się, żałobę i relację dorosłych w to wszystko wciągniętych. 5.0 – czyta się dobrze, książka niebanalnie napisana, choć też nie na połknięcie za jednym razem. 54. „Jutro” Guillaume Musso … tak… znowu Musso! Nie umiem przestać! Tyle uczuć i niesamowitości w jednym – aż trudno uwierzyć, że te książki pisze facet! 5.5 –  bo wsiąkam w te książki i oderwać się nie mogę! 55. „Prawo krwi” Nory Roberts pozwoliłam sobie wziąć na wakacje z Rodzinką. Książka odpowiednio gruba (12 dni poza domem) i gatunkowo niezbyt ciężka spełniła swoje zadanie w stu procentach, tym bardziej, że wątek kryminalno-śledczo-rodzinny ważniejszy od miłości 🙂 4.5 – lektura niezbyt ambitna, ale przyjemna na pewno.  56. „Życie na pełnej petardzie” ks. Jan Kaczkowskiego i Piotr Żyłki, czyli wywiad rzeka, który warto przeczytać bez względu na stosunek do kościoła rzymsko-katolickiego i księży! Tu zdecydowanie 6.0, bo czyta się ciekawie, tematy poruszone niebanalne i na czasie, i nawet jak się nie zgadzałam to argumenty były ciekawe. Polecam! 57. „Bóg jest wszechmogący” to książka świadectwo Pastora z Kambodży, spisana i opracowana przez Randy’ego Clarka i Susan Thomas. Książka, której nie można odłożyć, bo nie dość, że wartko płynąca akcja, to jeszcze działanie Boga tak żywe i niesamowite! 6.0, bo zachwyt totalny – przeczytana niemalże za jednym posiedzeniem! Na koniec książka, której nie spodziewałam się przeczytać jeszcze niedawno, ale… cóż, 58. „Cztery ślepe myszki” James Pattersona otworzyły mnie na świat kryminałów i thrillerów – chcę więcej! To jak Autor tworzy nastrój, jak obraca akcją, jak wszystko przedstawia… jestem pod wielkim wrażeniem! 
6.0 
– rozrywka z najwyższej półki.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

zwierzę rodzinne, czyli wakacje w piątkę

Czasem wyobrażam sobie wakacje tylko we dwoje. Tydzień spacerów, rozmów z Mężem, piwa w knajpce wieczorową porą… Czasem sobie myślę, że może wyrwę się sama na weekend i zrobię sobie totalny relaks… a potem zaczynam planować wakacje i… nie mogę, po prostu nie mogę wyobrazić ich sobie w innym wymiarze niż pięcioosobowy… no i zaczyna się…18
PODRÓŻ
W tym roku zupełnie nowe wyzwanie – jedziemy pociągiem. A raczej pociągami, bo na naszej trasie dwa cele – trzy dni we Wrocławiu i 9 dni w Krakowie. Najtrudniejszy odcinek – droga powrotna – prawie 7 godzin w pociągu. Gry, książki, telefony plus przekąski… i dajemy radę! Ku mojemu zaskoczeniu – nawet nie czuję się wyczerpana podróżą 🙂 36
NOCLEG
Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy – tak długo jak nasza Rodzina i Przyjaciele nie mieszkają w pałacykach, nie ma szans, żeby przenocowali naszą piątkę. Wystarczy, że spotykamy się na obiad – robi sie pełno i głośno (jestem pewna, że po naszym wyjściu wszyscy na nowo odkrywają jak duże są ich mieszkania, hahaha). Najprostszym wyjściem są hostele (mimo że nie najdroższe, 41jednaktrochę kasy z portfela wyciągają), a w tym roku odkryliśmy (dzięki Gabi, mądrej głowie), że przecież są schroniska młodzieżowe! (PTSM). I to w Krakowie był strzał w dziesiątkę! Czysto, porządnie, dostęp do kuchni, nieco ciasno w pokoju, ale za to miejsce do grania i jedzenia w holu, więc – dla nas naprawdę super. no i o połowę taniej niż krakowskie hostele. Na dodatek z super miejscówką – tuż przy Wiśle, do Wawelu 40 minut na piechotkę w tempie Trzylatka (z 35przerwami, ma się rozumieć) 🙂
ZWIEDZANIE
Jakie zwiedzanie?! Femiś miał tylko jeden cel – plac zabaw. Gdziekolwiek był. Jakikolwiek plac zabaw był w zasięgu Jego wzroku.
Ja postawiłam nam dwa cele w każdym z miast – 1) spędzamy czas z Rodziną/ Przyjaciółmi, 2) wędrujemy przez miasta z myślą o Dzieciach. Okazało się, że to odkrywanie miast na nowo 🙂
33WROCŁAW
Tutaj byliśmy krótko, ale treściwie. W pierwszej kolejności czas spędziliśmy z moją mega Kuzynką i Jej Rodziną (nie dość, że super nam się z Nimi rozmawia, to jeszcze Aga nas zawsze pysznie ugości, a Marcin o Wrocławiu potrafi tak opowiadać, że przewodnik żaden nie potrzebny. Jakby tego mało, Lanre ginie w uśmiechu Ich cudownej Córki Laury!). Dodatkowo, specjalnie na34 trochę przyjechała moja Ukochana Ciocia, której już dawno nie widziałam. Ach, cudnie było z Nią porozmawiać, a rozmowy zagryźć pączkami (o ludzie… pączki 30w Starej Pączkarni na Świdnickiej 24 we Wrocławiu! Trzeba tam być, nie tylko z Dziećmi!) Zobaczyliśmy się też z Jill  Marcinem oraz Ich Córkami (to spotkanie mega sentymentalne, bo dzięki Jill i Marcinowi się pozanliśmy!) i razem poszliśmy na basen! Trzy godziny pluskania się, dmuchanych zamków i zjeżdżalni… czy można chcieć więcej, gdy człowiek odwiedza Wrocław z Trójką Dzieci?!
We Wrocławiu wszedzie łazikowaliśmy, więc wpadło nam w oko kilkach ciekawych miejsc oraz…. kilkadziesiąt krasnali! Ifek dostał mapę z krasnalami, i przedstawiał nam każdego napotkanego krasnala z imienia 🙂31 Zrobiliśmy sobie też wycieczkę na Sky Tower – polecam Dzieciom i Ich Rodzicom. Jest przygoda, widok świetny – selfie lecą równo 😉 A że wszystko super opisane, oglądanie Wrocławia z góry naprawdę zachwyca (najmniej Trzylatka, ale On tam miał sporo miejsca na bieganie, i fajną windą się wjeżdża, więc też miał radochę!). W dniu 39wyjazdu zrobiliśmy sobie mały wypad tramwajem w okolice Hali Tysiąclecia i tam byliśmy w dwóch miejscach – Ogrodzie Japońskim (Mamusia bardzo chciała, a Kemi i Femiś też się zachwycili – choc każde z innych powodów, tylko Ife stwierdził, że nudy….), a po wąchaniu kwiatków i dziesięciominutowym spacerze trafiliśmy do Parku Miniatur i Dinozaurów. Park ten okazał się świetnym miejscem zabawy, choć niestety był raczej zaniedbany…. Czy komuś to przeszkadzało? Oczywiście, że nie, skoro można było poskakać na trampolinie, schować38 się w dinozaurzym jajku i… zasiąść do mega stołu, na krzesłam przy którym trzeba było się wspiąć… Dzieci szalały, i ani trochę nie chciały stamtąd wychodzić – aż żal, że miejsce nie jest odpowiednio zadbane i rozreklamowane, bo znajduje się tuż obok zoo!

16KRAKÓW
Kraków był cudowny sam w sobie z jednego powodu – moja Siostra z Rodzinką tam mieszka. Czy trzeba więcej, by odwiedzić tę dawną stolicę Polski? Oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym nie zrobiła choć małych planów… otóż przy okazji tej wyprawy postanowiłam spełnić swoje wielkie marzenie – odwiedzić Wieliczkę. Bilety kupiłam online (niestety, przez to nie mogłam 7skorzystać ze zniżki dla dużych rodzin, ale warto było zapłacić 15zł więcej i nie stać w kolejce!). Choć czytałam opis trasy, nie byłam przygotowana, że aż tyle będziemy chodzić, ale… daliśmy radę (Najmłodszy oczywiście ze wspomaganiem) i było niesamowicie ciekawie i słono. Czasem zupłenie traciliśmy poczucie, że jesteśmy pod ziemią, i już samo uświadomienie sobie tego 9było przygodą! Słone ściany, słone podłogi, słony sufit… Pani Przewodnik, która i legendy opowiadała, i Dzieci (nie tylko nasze) do pracy zapędziła, i toną faktów sypała jak z rękawa sprawiła, że ta wycieczka była niesamowita, a do tego… chce się więcej… Już mam plan dwuletni jeśli chodzi o Wieliczkę, hehe. I co ciekawe, kiedy powiedziałam Dzieciom, że tu jeszcze wrócimy, nie usłyszałam ani jednego protestu 🙂26
Żeby nie męczyć mojej Siostry zbyt długimi wizytami, postanowiliśmy pół jednego dnia spędzić w jakimś fajnym dla Dzieci miejscu. I wtedy znaleźliśmy… Ogród 27Doświadczeń! Rzeczywistość przerosła nasze oczekiwania – kilkadziesiąt interaktywnych stanowisk przedstawiających różne zjawiska fizyczne okazało się zabawą wciągającą każdego z nas – gdybym była w takim miejscu jako dziecko, może bym nawet lubiła fizykę, hihihi! Pchanie, kręcenie, strzelanie, uderzanie, huśtanie się… można było dostać zawrotu głowy, a Dzieci pomykały z jednego stanowiska na drugie, jakby nic je nie męczyło!25 Zmęczenie poczuły jakoś po dwóch i pół godzinach, przy wyjściu, gdy Im zapachniało goframi. Rodzice się ugięli, sami gofry zjedli i jeszcze kawą popili 🙂 a Ogród Doświadczeń im. Stanisława Lema w Krakowie polecam każdemu, kto jest w tym mieście z Dzieckiem – od trzech lat w górę!
Oczywiście, wizyta w Krakowie nie mogła się 42obyć bez wizyty na Głównym Rynku i u Smoka Wawelskiego, ale… nie… nie było zwiedzania komnat królewskich i zachwytów ołtarzem Wita Stwosza!
Okazało się, że poza Smokiem Wawel ma jeszcze jedno ważne miejsce dla Dzieci moich – skałki, po których można się wspinać. 15Nawet Najmłodszy zejść nie chciał, choć fot z Nim brak, bo zastanawialiśmy się jak łapać jakby co 😉
Zaś na Rynku 0- hejnał najważniejszy oraz to, że po jego odegranu Pan trębacz machał do słuchających! Czy można chcieć więcej?
Ano można… bo matka dostała namiar od Znajomej na… Podziemia Krakowa. Okazało się, że w trzeci wtorek miesiąca zejść tam można za darmo (tak, zarezerwowałam bilety w internecie) i… zeszliśmy. I muszę powiedzieć, że WARTO! Odkryć dokonano w 2005/6 roku, i są świetnie przedstawione (także multimedialnie), więc zabawa dla 23Dzieci, a dużo ciekawych informacji dla trochę starszych. Dodatkowy plus – wszystko po polsku i angielsku 🙂
Zupełnie nieoczekiwaną atrakcją naszego pobytu w Krakowie okazała się wystawa klocków Lego! Niektóre konststrukcje były naprawdę mega, do tego kilka robotów, multimedialnych opisów i… to wystarczyło, 22żeby wszystkich wciągnąć! A do tego na drugim poziomie wystawy było miejsce zabawy z Lego… od możliwości robienia różnych pojazdów/ budowli z małych i dużych Lego, układanie  obrazków za pomocą klocków Lego (to nawet mnie wciągnęło, bo układanki i puzzle uwielbiam), 20po grę komputerową Lego (Ife wsiąkł zupełnie i nieodwołalnie). Dzieci mogłyby tam być pewnie przez większość dnia, dla nas, dorosłych, po pewnym czasie zaczynało się robić ciut nudno… wywabiliśmy Dzieci obietnicą pizzy 🙂

Wakacje… kiedyś pewnie przyjdzie cczas na takie bez Dzieci, we dwoje albo z Przyjaciółmi… kiedyś… a póki co jest szaleństwo wakacyjne z naszą Trójką. Czasem zmęczenie dawało się we znaki, jeden dzień był cały zatopiony w deszczu, i ciężko było się spakować tak, by dać radę wszystko nosić miezy pociągami, stacjami i tramwajami… ale udało się! I – co najważniejsze 0 wypoczęliśmy wszyscy, a do tego.. tyle uroczych wspomnień 😀

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

zaczytana

blog 24 JulyUwielbiam te dni, kiedy udaje mi się połknąć jedną czy dwie książki w szybkim tempie 🙂 W piątek skończyliśmy z Lanre projekt wakacje (wakacyjna szkółka angielskiego dla dzieci!) i trzeba było się trochę zrelaksować. 49. „Północ i południe” Elisabeth Gaskell. Na okładce można przeczytać: „Wymarzona lektura dla miłośników Jane Austin i sióstr Bronte” i… cóż, to jest idealne podsumowanie tej książki. Niestety, okazało się, że ja wyrosłam z tego typu lektur… cóż, starość 😉 4.0. 50. „Linia serc” Rainbow Rowell natomiast zdecydowanie przypadła mi do góstu. Może to dlatego, że to takie love story sciencefiction w stylu Cecylii Ahern? Niemniej, opowieść o kłopotach i miłości płynie wartko – polecam na wieczór z dobrą herbatą – trzy godzinki i książka połknięta. 5.0 🙂 Zanim wspomnę trzecią lekturę, muszę koniecznie zapytać, czy pamiętacie książkę (lub film ze świetnym Clintem Estwoodem i fenomenalną Meryl Streep!) pt. „Co się stało w Madison County”? Otóż okazało się, że jest ciąg dalszy – 51. „Tysiąc polnych dróg” Roberta Jamesa Wallera. Wow! Książka gruba nie jest, ale lektura świetna, bo charakter poprzedniej zdecydowanie da się wyczuć. Polecam każdemu, kto zakochał się w części pierwszej – warto! 6.0
Czwarta książka na zdjęciu to Biblia – to moja lektura na wieczne czytanie, więc na listę nie wrzucam, ale musze się pochwalić, bo dzisiaj dostałam wreszcie nowe tłumaczenie – jest naprawdę piękne, i poezja Biblii zachwyca ze zdwojoną siłą! Polecam, zdecydowanie – wydanie Ewangelicznego Instytutu Biblijnego 🙂

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

mama ma manię ;)

Wszystko zaczęło się pod koniec maja, kiedy Siostra wtajemniczyła mnie – maniaczkę list i odhaczania zrobionych rzeczy – w świat Bullet Journal. Odesłała mnie na stronkę http://www.bulletjournal.com oraz, żebym wygooglała sobie BohoBerry i… już było po mnie! Pamiętnik, kalendarz i moje listy w jednym? I to NIE ELEKTRONICZNYM formacie? Boże, dzięki Ci za pomysłowość ludzi!
Jako że zbliżała się akurat moja 40ka, Siostra sprezentowała mi mój pierwszy brulion Leuchtturm1917 w kropeczki (ideał!), zestaw pisaków, washi tapes i super długopis z dedykacją, a potem to już poszło! Każdy miesiąc zaczynam wypisaniem już zaplanowanych rzeczy pod odpowiednią datą, dodaję też cele na ten miesiąc 🙂 Potem, dla każdego dnia robię osobne miejsce z datą, listą rzeczy do zrobienia oraz licznikiem wody, którą wypijam (średnio mi z tym szło, ale jak się odhacza to się człowiek wciąga – teraz 2litry dziennie to norma 🙂 ). Mam też w moim BuJo na każdy miesiąc miejsce, gdzie wpisuję pod koniec dnia za co jestem wdzięczna w tym dniu. To jest naprawdę mega spojrzenie na dzień tuż przed zaśnięciem – daje kopa na następny dzień 🙂
Oczywiście, nie może być mojego notatnika bez miejsca na przeczytane książki (a także na te, które chcę przeczytać). Na początku po prostu zrobiłam ich listę, ale potem zobaczyłam co utalentowani artystycznie ludzie robią ze swoimi stronami BuJo (jestem w grupie Bullet Journal Junkies na FB) i postanowiłam spróbować – myślę, że całkiem fajnie wyszło (jak na mój poziom uplastycznienia).
Kiedy mam czas, albo coś się dzieje, pod danym dniem zapisuję kilka myśli z dnia – taki mój pamiętnik. Tak samo, gdy się modlę lub czytam Biblię i coś chcę zapamiętać/ odnotować.
BuJo pomaga mi też zmieniać moje nawyki. Co miesiąc tworzę „Habit Tracket”, czyli tabelkę, w której śledzę te nawyki, które chcę w sobie wyrobić/ utrwalić (np. codzienne czytanie Biblii czy… branie moich witaminek) i wieczorem zamalowuję kwadracik przy danym dniu i czynności, jeśli ją zrobiłam. Mam też swój „Walking Meter” – zamalowuję kratki, gdy łazikuję z Mężem – każda kratka to 1km (od 20 maja zamalowałam ich 85!).
W BuJo jest też miejsce na rzeczy, które są jednorazowymi wydarzeniami – np. pakowanie przed wyjazdem, czy planowanie urodzin Męża 🙂

Obecnie jestem na 63 stronie mojego BuJo, i szybko go zapełniam – dla mnie to nie tylko pomoc w organizacji życia, ale też taka moja zabawa, przystanięcie na chwilę i oderwanie się od obowiązków. Jeśli wrzucicie w przeglądarkę Bullet Journal wyskoczy Wam mnóstwo naprawdę pieknych i użytecznych stron i porad – polecam wszystkim maniakom organizacji 😉

P.S. Ach! Tak – dwie nowe przeczytane książki, które oczywiście do BuJo wpisałam 47. „Samotna Gwiazda” Paulliny Simons – książka, która rozwija się powoli, pokazuje krok po kroku bohaterów i emocje… jest spora, ale naprawdę warto się w nią wgryźć, bo ciekawie opisuje uczucia, które targają niejednym z nas – 5.0. 48. „Potęga huraganu” Paula Quarringtona – to książka przedziwna! Głównymi bohaterami są osoby ścigające burze. Każda z nich robi to z innego powodu, czego innego oczekuje… a my, czekając na huragan razem z nimi, poznajemy ich historie życia. Opowieść wciągająca, ale nie do końca „moja”. 4.0.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

jestem rasistką

Ach, jak człowiek (znaczy się ja) poczyta sobie różne posty na FB, to różnych rzeczy się dowiaduje. Rewelacja dzisiejszego dnia: jestem rasistką. Dowody? Cóż, jestem Polką, a wszyscy Polacy to rasiści. Nie będę cytować całej dyskusji, żeby nikomu się przykro nie zrobiło. Niemniej, ku pocieszeniu wszystich Zielonogórzan, otwarcie i oficjalnie Ziemię Lubuską obroniłam – jesteśmy innym sortem Polaków, tych nie-rasistów. Zgłosiła się też Marta broniąca Ślązaków. Jest szansa dla całej Polski 😉

Ale gdy już się pocieszyłam, że rasistką może jednak nie jestem… przypomniało mi się, że Siostra też mi kiedyś rasizm zarzuciła… bo jak idę ulicą (pełną białych Zielonogórzan) i trafi mi się Zielonogórzanin (-choć-niekoniecznie) o dużo ciemniejszym kolorze skóry to zaraz Go (dużo częściej niż Ją, bo Facetów więcej jakoś) zaczepiam. Pytam skąd, a co tu robi… moja wnikliwa Siostra (wiele lat temu) wytknęła mi, że jakoś białych obywateli ZG tak nie zaczepiam… a! Tutaj, cóż, nic nie mam na swoje usprawiedliwienie, choć z biegiem lat zaczepialstwo mi nieco zelżało… do dziś… bo dziś tłumacząc ustnie dla Pani z Nowej Gwinei zaczepialstwo wróciło ze zdwojoną mocą… więc jestem rasistką…

Upiłam łyka wina (dzięki Aga, prezent czterdziestkowy super!) i zaraz mi się rozjaśniło. Ok, jestem rasistką, ale przynajmniej oczytaną 😉 I tu zdradzę Wam sekret – choć w szkoła jeszcze tęstni życiem (rekrutacyjnym), lekcji już nie ma, więc i ja mam więcej czasu, zwłaszcza że wszelkie raporty i rozliczenia już zdane i… mam czas na czytanie! (Plus tonę innych rzeczy, które wprost czekały na moje wakacje). 43. „Amerykańskie dzoewczyny poszukują szczęścia” Lauren Weisberger i inne. Zazwyczaj nie sięgam po opowiadania, ale ta książka mnie przyciągnęła i nie żałuję. Opowiadania przeróżne, wciągneły mnie swoją różnorodnością. Moje ulubione to „Nie gaś światła” Claire Lazebnik – takie z niespodzianką męsko-damską 🙂 5.0 44. „Wystarczy, że jesteś” Gutowskiej-Adamczyk to zupełnie inna książka, bo dla czytelnika nieco młodszego niż ja, albo raczej czytelniczki. Za jakiś czas polecę Córze, a póki co wcisnęłam się w świat nastolatki stwierdzając, że pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają. Polecam mamom córek na zakręcie nastoletności – 4.5 Kolejne dwie lektury to … przyznaję bez bicia… na pewno nie lektura ambitna, ale za to stanowczo rozrywkowa! 45. „Niebo Montany” i 46. „Błękitny dym” Nory Roberts. Na swoją obronę powiem, że choć romans dość oczywisty w obydwu, to wątek kryminalny nie aż tak (choć wiadomo, że musi skończyć się dobrze!). Czytadła idealne na zmęczony umysł – 4.5.

Niestety, same białe autorki…. znowu wychodzi, że jestem rasistką, ale tym razem w kierunku białym. A niech to! 😉

 

Opublikowano Uncategorized | 2 komentarze

uśmiech nauczycielski

Koniec roku szkolnego to wyjątkowy czas dla nauczyciela, i wcale nie dlatego, że zaczynają się wakacje (bo moje wakacje zaczną się dopiero za jakiś czas), ale… bo to czas uśmiechu Ucznia. Dzisiaj żegnałam się z moją Klasą na dwa miesiące i wiem, że będzie mi Ich brakowało. Widziałam Ich radość, a przy okazji usłyszałam tyle miłych słów. Co więcej, zasłużyłam sobie na kilka przytulasów – i te wzruszyły mnie najbardziej:) mój uśmiech nauczycielski rozkwitł i nie chce zejść z twarzy (śmieje się jak głupi do sera – to określenie powinno Wam przybliżyć mój wygląd wystarczająco obrazowo). Nie ma lepszej nagrody niż uśmiech Ucznia, który mówi „dziękuję”.

Uczestniczyłam też dzisiaj w zakończeniu roku szkolnego moich Dzieci i mogłam podziękować Ich Nauczycielom za pracę, trud całego roku, za serce i zrozumienie. Nie ma słów, które mogą opisać jak bardzo wdzięczna jestem za Ich starania i wymagania – wszystko dzięki czemu Kemi i Ife z wyróżnieniem skończyli swoje klasy. Takich Wychowawców jak Pani Agnieszka i Pani Paulina życzę każdemu dziecku i rodzicowi 🙂 I widziałam Ich uśmiech, gdy słyszały „dziękuję”.

Wiem, że mój zawód jest przeróżnie postrzegany, ale wiem też, czym jest dla mnie. Dzięki temu mogę dostrzec chyba ciut więcej niż przeciętny rodzic patrzący na pracę nauczyciela. Dziś jest ten wyjątkowy dzień – dzień uśmiechu nauczycielskiego, kiedy ktoś mówi nam „well done”.

I zaraz czuję energię na następny rok 😀

P.S. 42. „Papla” Meg Cabot – książka, którą wypożyczyłam ze wzgledu na to, że Kemcia zaczytuję się to Autorką. Poczułam się nieco starawa, hehe, ale książkę wciągnęła. O miłości, o przyjaźni, o życiu. O tym, że czasem to co my myślimy o kimś, może być daaaaalekie odprawdy 🙂 4,5.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz